ŚMIERĆ NA WESOŁO

„Właściwie nie boję się śmierci, ale wolałbym nie być przy tym,
gdy to nastąpi” – Woody Allen

Nie­któ­rzy uwa­żają, że śmierć to naj­cie­kaw­sza chwila w życiu czło­wieka. Cho­ciaż poże­gnać się z życiem można na tysiące spo­so­bów, to pra­wie każdy chciałby umrzeć dostoj­nie i z god­no­ścią. Nie­stety kostu­cha nie wybiera, cza­sami dopada czło­wieka w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. Nie zwraca uwagi na to, że ludzie wła­śnie jedzą, piją, kochają się, czy zała­twiają inne potrzeby.

„Gdy już umrzemy, nieprędko wstaniemy. Użyjmy więc życia dopóki żyjemy”

Nad­uży­wa­nie uciech cie­le­snych zgu­biło nie­jed­nego moż­nego tego świata. Król Fran­cji Ludwik III chciał pew­nego razu zażyć roz­ko­szy z wie­śniaczką, do któ­rej zapa­łał nagle gwał­tow­nym uczu­ciem. Tak się do niej roz­pa­lił, że goniąc dziew­czynę nie zauwa­żył niskich drzwi, i tak wyrżnął w futrynę głową, że nie tylko ode­szła mu ochota na miłość, ale i wkrótce ducha wyzio­nął.
Namięt­ność do pięk­nej tan­cerki wpę­dziła też do grobu mar­szałka Lau­ri­stona, który zgasł w łóżku swo­jej kochanki w 60 wio­śnie życia. W nekro­logu zamiesz­czo­nym naza­jutrz w gaze­tach napi­sano, że mar­sza­łek zmarł „w umi­ło­wa­niu reli­gii”. Następ­nego dnia artystka otrzy­mała przy­do­mek „Reli­gia”.
Przy­kry wypa­dek spo­tkał księ­cia Kon­de­usza u baro­no­wej de Feu­chere, byłej lon­dyń­skiej pro­sty­tutki. Pode­szły wiek księ­cia nie pozwa­lał mu dowieść swego uczu­cia do pięk­nej kur­ty­zany. Ale baro­nowa bie­gła w kunsz­cie miło­snym wie­działa, co należy zro­bić, aby usztyw­nić tę część księ­cia, która była im potrzebna do amo­rów. Zakła­dała kochan­kowi pętlę na szyję i pod­wie­szała go na okien­nej zasu­wie, co na pewien czas przy­wra­cało mu wigor. Któ­rejś nocy zbyt późno zdjęła wiel­moża z zasuwy i bie­dak się udu­sił.
Kró­lowi Ludwi­kowi VII cier­pią­cemu na kolki leka­rze zale­cili nie­co­dzienny spe­cy­fik. Uznali bowiem, że cho­roba monar­chy bie­rze się ze wstrze­mięź­li­wo­ści sek­su­al­nej, pod­ło­żyli mu więc do łóżka młodą dziew­czynę. Król jed­nak wolał umrzeć niż zgrze­szyć. Nie tknął lekar­stwa odsy­ła­jąc je w sta­nie nie­na­ru­szo­nym.
Pre­zy­denta Fran­cji Feliksa Faure’a śmierć zdy­bała na kochance w poko­iku obok gabi­netu gdzie spra­wo­wał wła­dzę. Leka­rze stwier­dzili wylew krwi do mózgu spo­wo­do­wany przez afro­dy­zjak, który głowa pań­stwa zażyła przed spo­tka­niem z nie­wia­stą.
Z przedaw­ko­wa­nia seksu zeszli z tego świata rów­nież król Fran­cji Ludwik XII, malarz Rafael, a także władca Algieru Bar­ba­dossa, któ­rego na śmierć „zako­chały” nie­wol­nice z haremu. Papieża Jana XII zatłukł na śmierć zazdro­sny mąż, gdy zastał go w dwu­znacz­nej sytu­acji ze swoją żoną.
Tak jak dzi­siaj aids, tak nie­gdyś postra­chem wszyst­kich nad­uży­wa­ją­cych uciech cie­le­snych był syfi­lis. „Na ową bezecną cho­robę, cier­piąc jak potę­pie­niec” zszedł z tego świata mię­dzy innymi król Alek­san­der Jagie­loń­czyk, Jan II Sobie­ski, Zygnunt II August, wielki het­man litew­ski Jan Karol Chod­kie­wicz, a także pisarz fran­cu­ski Guy de Mau­pas­sant. Ten ostatni na wieść, że jest chory pisał: „Mam syfa, ale takiego z praw­dzi­wego zda­rze­nia, nie jakiś tam try­per, nie świę­tosz­ko­wate kło­po­ciki, nie miesz­czań­ską kłyk­cinę koń­czy­stą, nie nie! To praw­dziwy wielki syf. Jestem z niego dumny i mam w pogar­dzie wszyst­kich bur­żu­jów. Alle­luja! Mam syfa! A skoro go mam, nie boję się już, że go zła­pię!
Nie­zwy­kłym zmy­słem prak­tycz­nym wyka­zał się malarz Gabriel Rosettti. Z roz­pa­czy po stra­cie uko­cha­nej napi­sał wiersz, który kazał wło­żyć do jej trumny. Nie­stety nie zosta­wił sobie kopii owego dzieła. Po kilku latach wyda­jąc tomik poezji uznał, że warto udo­stęp­nić czy­tel­ni­kom całą swoją twór­czość. Kazał wydo­być trumnę, wyjął z niej ręko­pis i zaniósł wydawcy.

„Śmierć to niezwykły egzamin, którego nie można oblać”

Powin­no­ścią żoł­nie­rza jest wal­czyć i w razie potrzeby zgi­nąć z bro­nią w ręku. Ale zły los cza­sami płata figle i dzielni wojacy umie­rają trzy­ma­jąc w dło­niach zupeł­nie co innego. Waleczny i odważny król Nawarry Anto­ine de Bour­bon, któ­rego kule omi­jały w boju zgi­nął od przy­pad­ko­wej kuli, gdy odda­wał mocz z dala od zgiełku bitew­nego. Jego syna Hen­ryka IV o mało nie spo­tkał taki sam los, kiedy pod­czas polo­wa­nia przy­party potrzebą udał się na stronę. Za sedes posłu­żyło kró­lowi koryto w chłop­skiej obo­rze. Wła­ści­cielka widząc, że ktoś wziął karm­nik jej świni za latrynę, tak się zde­ner­wo­wała, że chciała roz­pła­tać intru­zowi głowę sier­pem. Na szczę­ście król w porę unik­nął ciosu. Na sede­sie zgi­nął także Hen­ryk III Walezy, któ­rego ugo­dził nożem w odsło­nięte pod­brzu­sze mnich mor­derca, gdy władca z opusz­czo­nymi plu­drami zała­twiał potrzebę natu­ralną. Pomimo zasto­so­wa­nia przez medy­ków natych­mia­sto­wej reani­ma­cji w postaci lewa­tywy króla nie udało się odra­to­wać. Mało chwa­lebna śmierć dosię­gła rów­nież carycę Kata­rzynę II. Dostała wylewu krwi do mózgu w wyniku zbyt ener­gicz­nego „par­cia” sie­dząc na krze­śle z otwo­rem. Z kolei Karol VIII ude­rzył czo­łem w belkę nad drzwiami wychodka, gdy śpie­szył się popa­trzeć na gra­ją­cych w piłkę dwo­rzan. Oddał ducha Bogu w tymże wychodku na zwy­kłym sien­niku. Histo­rycy nie wspo­mi­nają, jaki był wynik meczu.
Astro­nom Tyho Brahe miał kie­dyś zaszczyt sie­dzieć przy stole cesa­rza Rudolfa. Prze­sadny respekt dla dobrych manier nie pozwo­lił mu opu­ścić sali, gdy odczu­wał potrzebę uda­nia się w ustronne miej­sce. To wstrzy­my­wa­nie się miało fatalne skutki, uczony zmarł bowiem na atak mocz­nicy
Fran­cu­skie powie­dze­nie „wyko­pać sobie grób wła­snymi zębami” odnosi się do tych, któ­rzy ode­szli z tego świata w trak­cie napeł­nia­nia brzu­cha. Panią Jose­phtte Bril­lat śmierć zasko­czyła w trak­cie posiłku. Czu­jąc, że się zbliża dama wrzesz­czała do lokaja: „Umie­ram, prę­dzej, dawaj deser”. Filo­zof La Met­trie zmarł zało­żyw­szy się, kto zje wię­cej pasz­tetu z bażanta, a pisa­rza Alfonsa Dau­dera dopadł wylew w trak­cie jedze­nia zupy. Król Anglii Hen­ryk I prze­jadł się na śmierć mino­gami. Ciało władcy poso­lono, zaszyto w wołową skórę i tak spre­pa­ro­wane odsta­wiono do Caen, gdzie grze­bano kró­lów Anglii. Alek­san­der VI wypił przez pomyłkę zatrute wino, które wcze­śniej sam przy­go­to­wał dla jed­nego z kar­dy­na­łów, licząc na suk­ce­sje po nim. Antoni Cze­chow sko­nał pijąc szam­pana, Allan Edgar Poe ame­ry­kań­ski poeta i nowe­li­sta zapił się na śmierć, a Ludwik van Beetho­ven zmarł na mar­skość wątroby spo­wo­do­waną nad­uży­wa­niem alko­holu. Wóda i nar­ko­tyki wykoń­czyły też wło­skiego mala­rza Modi­glia­niego.

„Życie jest zbyt krótkie żeby się zabijać. Nie wolno być niecierpliwym”

Samo­bój­stwo można popeł­nić w bar­dzo pro­sty spo­sób, albo w bar­dzo skom­pli­ko­wany. Powody tar­gnię­cia się na życie też bywają różne. Czę­sto bar­dzo poważne, ale cza­sami tak błahe, że mogą wpra­wić w zdu­mie­nie. Bara­guey – Dihl­liers mar­sza­łek Fran­cji strze­lił sobie w łeb, gdy stwier­dził, że pod­czas snu przy­tra­fiło mu się to, co nie­mow­la­kowi w pie­lu­chach. Doszedł do wnio­sku, że ten objaw zdzie­cin­nie­nia nie przy­stoi jego urzę­dowi.
Na nad­zwy­czaj dziwny spo­sób skoń­cze­nia ze sobą z roz­pa­czy po śmierci żony wpadł król Hisz­pa­nii Fer­dy­nand VI. Przez cały tydzień napy­chał się jedze­niem, sta­ra­jąc się nic nie wyda­lić. Sia­dał na spi­cza­sto zakoń­czo­nych porę­czach foteli, żeby zatkać sobie odbyt. W końcu dopiął swego, kostu­cha zabrała go ze sobą.
Wło­ski astro­log Car­dano posta­wił horo­skop, w któ­rym okre­ślił datę swo­jej śmierci. Ode­brał sobie życie, gdyż chciał, aby potwier­dziła się jego prze­po­wied­nia. Couvrex ściął sobie głowę urzą­dze­niem wła­snej kon­struk­cji, a Empe­do­kles rzu­cił się do kra­teru Etny z roz­pa­czy, że nie mógł zna­leźć przy­czyny jej wybu­chu.
Przy­czyną zej­ścia Iza­beli I Kato­lic­kiej był „wrzód we wsty­dli­wym miej­scu”, któ­rego kró­lowa naba­wiła się od zbyt dłu­giego sie­dze­nia w sio­dle. Ode­szła z tego świata, gdyż wsty­dziła się poka­zać medy­kom swoją dole­gli­wość.
Karol II Zły wystrze­gał się chłodu, był bowiem bar­dzo wraż­liwy na zimno. Aby się roz­grzać w chłodne noce, zawi­jał się w prze­ście­ra­dło nasą­czone alko­ho­lem, które następ­nie sługa zaszy­wał. Pew­nej nocy słu­żący zbyt bli­sko pod­szedł ze świecą. Król „zajął się” natych­miast i umarł z gorąca. Zbyt duża tem­pe­ra­tura była także powo­dem śmierci króla Pol­ski Sta­ni­sława Lesz­czyń­skiego. Władca wpadł do kominka, a że był stary i nie miał siły się pod­nieść popa­rzył się śmier­tel­nie.
Jean Rous­seau pisał o szcze­gó­łach śmierci pani de Ver­cel­lis: „Wresz­cie nie odzy­wała się już i skrę­cała się tylko w ago­nii, kiedy nagle gło­śno puściła wia­try. W porządku – powie­działa odwra­ca­jąc się – jeśli kobieta pier­dzi, to zna­czy, że żyje! Były to jej ostat­nie słowa”.
Odważny jak lew i nie­ustra­szony w walce mar­sza­łek Breze miał dziwną fobię: panicz­nie bał się kró­li­ków. Pew­nego dnia prze­cho­dząc koło kró­li­karni, tak się prze­ra­ził, że umarł ze stra­chu.
Z kolei Tales z Miletu padł ofiarą miło­ści do nauki. Czło­wiek, który pierw­szy stwier­dził, że księ­życ oświe­tlony jest przez słońce, przy­pad­kowo wpadł do studni, gdy szedł nocą podzi­wiać gwiazdy. Fran­cis Bacon naba­wił się fatal­nego w skut­kach prze­zię­bie­nia pod­czas bada­nia w mroźny dzień wpływu tem­pe­ra­tury na kon­ser­wa­cję zwłok.
Cza­sami histo­ria nie koń­czy się wraz z opusz­cze­niem tego świata. Nie­któ­rzy mie­wają przy­gody po śmierci. Króla Anglii Jamesa Mon­mo­utha ścię­tego za spi­sek eks­hu­mo­wano kilka dni po śmierci, aby nama­lo­wać jego por­tret.
Ciało Lorda Byrona poety angiel­skiego, który zmarł w Gre­cji na mala­rię, zanu­rzono w kadzi z alko­ho­lem i prze­wie­ziono stat­kiem do Anglii. Po przy­by­ciu na miej­sce kapi­tan owego statku zro­bił nie­zły inte­res na alko­holu, w któ­rym pła­wił się poeta. Sprze­dał go bowiem po gwi­nei za pół kwarty.
Czy naprawdę śmierć to temat poważny i smutny? Prze­cież od pierw­szej chwili ist­nie­nia na Ziemi prze­zna­czone jest nam umrzeć. Wszy­scy „nosimy w sobie śmierć jak owoc nosi pestkę”. Ale sama śmierć to jesz­cze nie wszystko. Trzeba umieć umrzeć w odpo­wied­nim momen­cie, albo­wiem obok sztuki życia ist­nieje rów­nież sztuka umie­ra­nia.

Na pod­sta­wie książki „Lek­sy­kon śmierci wiel­kich ludzi”, autor Isa­belle Bri­card, prze­kład Anita i Krzysz­tof Sta­ro­nio­wie, wydaw­nic­two Książka i Wie­dza 1998 rok.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *